Wojna totalna z dziennikarzami

Chorwaccy piłkarze nie rozmawiają z prasą po tym jak jedna z gazet opublikowała ich nagie zdjęcia z basenu. Nihil novi. Wojna na linii prasa – drużyna to pewien standard. Zazwyczaj pojawia się przy okazji dużych turniejów i nie prowadzi do niczego dobrego. Sam miałem okazję w czymś takim uczestniczyć.
Gdy Paweł Janas przeczytał powołania na mundial 2006, widziałem wściekłość na twarzach kolegów. Sam nie potrafiłem i do tej pory nie potrafię znaleźć logicznego uzasadnienia dla jego decyzji o wykluczeniu z drużyny Tomasza Frankowskiego. „Franek” to był unikalny napastnik, który wygrał Janasowi eliminacje, był zawodnikiem, który swoim wejściem zmieniał obraz meczu. Pamiętam jak przyjechał do Polski skaut Arsenalu i ja miałem się nim opiekować (nie wiedział, że jestem dziennikarzem). Poszliśmy na mecz kadry z Azerbejdżanem i ten zapisał na kartce jedno nazwisko. Frankowski strzelił wtedy hat-tricka, ale skautowi najbardziej zaimponował styl gry, ruchy, przebiegłość. Zapytał mnie ile ma lat po czym skreślił nazwisko. Zresztą nie mógł wiedzieć, że Wenger i tak doskonale wie, kim jest Frankowski. W Polsce wszyscy wiedzieli. Tylko Janas zapomniał.
Moim zdaniem to był początek wojny Faktu z selekcjonerem, brutalnej i wyniszczającej.
Potrzebny był tylko pretekst. Takim był mecz z Ekwadorem. To właśnie po tym spotkaniu Fakt dał swoją słynną okładkę. Wymyślił ją sam Grzegorz Jankowski, szef gazety. Pamiętacie?

„Wstyd, żenada, kompromitacja, hańba, frajerstwo, nie wracajcie do domu”. Zresztą co będę opowiadał, oto ona:

fakt.zenada

To były moje pierwsze mistrzostwa, byłem nastawiony bardziej bojowo niż analitycznie. Piłkarze podczas konferencji zaczęli protestować, Artur Boruc wygłosił płomienną (Jak na siebie) przemowę.
Podniosłem rękę i zapytałem: „Jeśli te słowa wam się nie podobają, czy mógłbyś znaleźć pięć własnych?”
No i zaczęła się jazda. W redakcji stanowiska były podzielone. Od „ale im dokopałeś” do „ale się podłożyłeś, jak frajer”. Boruc dostał okazję do frontalnego ataku, potem długo nie chciał rozmawiać z Faktem (przełamaliśmy to podczas jednego zgrupowania, gdy nie chciał zgodzić się na wywiad do Faktu, więc zadałem mu na konferencji prasowej osiem pytań pod rząd, a ten, inteligentna bestia, od razu załapał o co chodzi i mieliśmy fajny wywiad).

Wtedy jednak było niezbyt miło, Jacek Krzynówek wygłosił przemówienie w którym stwierdził: “Jesteście niemiecka gazetą i chcecie osłabić nas przed meczem z Niemcami!”
Nie było to prawdą, przynajmniej ja nic o tym nie wiem. W każdym razie Fakt wysłał do Chrzanowic, wsi Krzynówka, reportera, który ogłosił, że wszyscy tam wstydzą się za taką miernotę jak on i w ogóle nie chcą mieć z nim nic wspólnego. Na podpórkę dano zdjęcie jakiegoś pijaczka który miał wygłosić tę wiekopomną kwestię („Ten gość potem mówił, że nigdy tak nie powiedział” – stwierdził po latach Krzynówek). Przy najbliższym dobrym meczu ten sam dziennikarz (zresztą mój kolega i bardzo sympatyczny facet) pojechał o Chrzanowic i napisał, że wieś jest dumna z Jacka.

Wojna była ostra, pamiętam jak jeden dziennikarz po konferencjach wołał do piłkarzy: „Ja nie jestem z Faktu, my was rozróżniamy, więc wy nas też rozróżniajcie” (potem dostał dobrą robotę w Fakcie)

Paweł Janas zaczął szaleć, pamiętam jak na treningi zjechali się Polacy mieszkający w Niemczech, było ich pewnie ze dwustu. Trener zobaczył ich i kazał odgrodzić boisko czarną zasłoną. Potem, co stało się legendarne, wysłał kucharza na konferencję prasową. Było to, zdaje się, zaraz przed meczem z Niemcami.
Na pewno wojna nie pomogła, a czy zaszkodziła?

Trudno jednoznacznie stwierdzić. Trenerzy często obierają taktykę na szukanie wspólnego wroga. Przykładowo Alf Ramsey atakował pracowników federacji jako stado niekompetentnych baranów (a co, myśleliście, że to tylko u nas?). Zapłacił za to wysoką cenę. Od momentu gdy go zwolniono w 1973 roku, nic w piłce nie zdziałał. Nie ma reguły.

Tu pozwolę  sobie skopiować swój stary tekst:
W swojej książce „Team Building – Road to success” trener wszechczasów Rinus Michels wspomina takie przypadki. On sam swoją drużynę mistrzów Europy z 1988 roku zjednoczył przeciw członkom związku piłkarskiego KNVB. Często jednoczy się ją przeciw mediom. Michels przypomina przypadek z 1974 roku, gdy piłkarze wrzucili do wody dziennikarza, który ich zdaniem pisał o zespole zbyt krytycznie. Wspomina także o przypadku Włochów, którzy w 1982 roku bojkotowali media całkowicie. Taki sam przypadek miał miejsce podczas ostatnich mistrzostw z reprezentacją Słowacji, gdy piłkarze Weissa po wygranej z Włochami odmówili komentarzy dla prasy.

Akurat miałem szczęście stać obok. Pomyślałem: co za idioci, przecież to najlepszy moment w ich karierze, powinni stać tam jeszcze godzinę. Ale cóż. Miałem też okazję z bliska zobaczyć (w Pretorii) jak piłkarz z Algierii, Rafik Saifi, uderzył z otwartej dłoni dziennikarkę, która opublikowała nieznaną historię z jego prywatnego życia oraz w Doniecku, gdy Samir Nasri nabluzgał dziennikarzowi. Nawet miało dojść do zawieszenia piłkarza, ale obronił go Michel Platini („Gdybym miał być zawieszony za każdym razem gdy nabluzgałem dziennikarzowi, nie miałbym zbyt wiele występów w kadrze”).

Kiedyś byłem w Rotterdamie na turnieju z okazji stulecia Feyenoordu. Gdy kibice Celticu z Irlandii Północnej dowiedzieli się, że jestem z Polski i rozmawiałem z Arturem Borucem, powiedzieli: „Ty to masz najlepszy zawód świata”.
Poza tym, że można dostać z otwartej, zostać zignorowanym, potraktowanym jak gnój, zwyzywanym, faktycznie, kibice Celticu mieli rację. Poważnie.

PS. Po latach pojechałem do Chrzanowic napisać tekst o Jacku Krzynówku, porozmawiać z ludźmi, pokazać okolice. To miał być taki materiał w stylu Guya Talese, znanego amerykańskiego portrecisty. Sam Jacek był nieosiągalny, więc tyle mi pozostało. Wysiadłem na stacji PKP w Gorzędowie, stamtąd tylko chwila do Chrzanowic. Po drodze minął mnie czarny Vokswagen Touareg. Po 200 metrach zatrzymał się i zaczął cofać.
JK:- Co ty tu robisz?
MW:- A kręcę się w okolicy.
JK: – Jasne.
MW: – Zbieram materiał.
JK: – Na mój temat
MW: – Nie, skąd.
JK: – Jasne.
MW: – No a na czyj? Ale skoro już jesteś, to może zrobimy wywiad?
Żona Jacka z siedzenia pasażera: – A ty z jakiej gazety jesteś?
MW; – Z Przeglądu
JK: – Jasne, teraz to on jest z Przeglądu
Żona Jacka: – A wcześniej?
MW: – Wcześniej pracowałem w Fakcie.
Zona: – Kiedy?
MW: – Właśnie wtedy.
JK: – Właśnie
MW: – Jak mieszkaliście w Norymberdze, to pewnie słyszeliście o procesie norymberskim. Kilka osób jednak uniewinnili.
JK: – No w sumie tak.
Żona Jacka: – Daj mu ten wywiad.
JK:- Widzimy się za godzinę w restauracji Tori w Radomsku.
MW: – Ok, to jak już jestem to się rozejrzę po okolicy i zrobię zdjęcie boiska.

 

Zróbmy sobie Belgię

Na koniec naszych programów w Ipla.tv Piotrek Żelazny pyta „co musiałoby się zdarzyć na tym turnieju, żeby za 20 lat można było napisać o tym w Kopalni?” Na razie pyta gości, a ja chciałbym, żeby mnie spytał. Ale pewnie się nie doczekam, więc odpowiadam – chciałbym, żeby Belgowie zdobyli medal. Czy złoty? Frank Vercauteren, z którym miałem okazję rozmawiać przygotowując tekst o belgijskiej rewolucji do „Kopalni”, powiedział, że półfinał jest dla Belgów jak najbardziej realny, a potem wszystko jest możliwe.

Vercauteren to jeden z idolów mojego dzieciństwa. Vercauteren, Vandereycken, Van der Elst, nawet jeśli niektórzy z nich przesiedzieli większość mistrzostw świata Mexico 86 na ławce rezerwowych, to nieważne. Ja miałem 8 lat a oni wszyscy takie fajne nazwiska na literę V. No i jeszcze Jan Coulemans oraz Enzo Scifo. Bez takich świetnych nazwisk ale ich też lubiłem. Czasem patrzę na archiwalne nagrania jak grają, improwizują, wymyślają i kombinują. No i ten Pfaff. Genialny bramkarz – wariat, którego wtedy kochałem. A potem poznałem po latach i okazał się takim naszym Jankiem Tomaszewskim, tyle że w wersji komediowej.
Tamta drużyna była zupełnie inna niż ta obecna. I nie tylko z powodu nazwisk. W tych czasach liga belgijska była naprawdę mocna, Anderlecht to był jeden z najsilniejszych europejskich klubów. Większych tych zawodników grała właśnie w Belgii. Dziś większość występuje w ligach zagranicznych, głównie w Anglii. Z ligi belgijskiej jest ledwie trzech reprezentantów.

Ryszard Kapuściński nazywał Belgów najgorszym narodem. Nienawidził ich (za najgorzej i najbrutalniej prowadzoną politykę kolonialną), ale czasy się zmieniają, a Belgowie okazują się też jednym z najmądrzejszych narodów w świecie futbolu.
To wszystko co stało się w ciągu 10 lat w belgijskiej piłce (nie będę się rozpisywał, bo tekst jest w książce, więc kto chce ten sięgnie) jest absolutnie niezwykłe, pokazuje jak wiele można osiągnąć bazując na pomyśle, ciężkiej pracy, walce krok po kroku, rozmowach.
Bo Belgowie nigdy nie mieli i nigdy nie będą mieli tyle pieniędzy co Niemcy. DFB stworzył program niemalże kosmiczny, 366 centrów szkoleniowych w całym kraju, gdzie na związkowym etacie są zatrudniani trenerzy. Dla nas ekonomicznie nieosiągalne.

W Belgii nikt o takiej forsie nie myślał i nikt na nią nie czekał. To jest przykład dla Polski, bo my też musimy wiedzieć, że odległość między nami a krajami zachodnimi może się tylko zwiększać. Stara zasada – bogaci będą bogatsi, a biedni biedniejsi.
Dawno chyba na nic nie czekałem, jak na dzisiejszy mecz Belgii. Wielu z was też. Belgowie – oto największa zagadka. Sami nie wiedzą co mogą osiągnąć. W tekście do naszej „Kopalni” starałem się odpowiedzieć na pytanie – dlaczego Belgowie są tak mocni. Ale zastanawiam się czy w Polsce również bylibyśmy w stanie wychować takie pokolenie, piłkarzy szybkich, technicznych kreatywnych.
Ze swojej strony niedługo postaramy się dołożyć cegiełkę do rozwoju piłki na wzór właśnie belgijski. Michel Sablon, były dyrektor sportowy federacji belgijskiej, wysłał mi belgijski program szkolenia. Ten słynny tajny zeszyt, który tak naprawdę jest zupełnie jawny i ma go wielu polskich trenerów. Ale nie wie jak korzystać, a może nie chce, a może nie zna języka francuskiego. Umówiliśmy się z Sablonem, że przedrukujemy go, przetłumaczymy i udostępnimy za darmo wszystkim chętnym polskim trenerom w formie elektronicznej. Niedługo ruszymy z oddolną akcją „I ty możesz znaleźć Lukaku, nawet jeśli mieszkasz w najmniejszej wiosce”. Spowalnia nas jedynie problem z językiem francuskim.

A zatem, co musimy w Polsce zrobić – przynajmniej na początek, tak by tę rewolucję w ogóle wzniecić? Podstawa to zmiana sposobu myślenia.
1. Belgowie nastawili się na produkcję. Gdyby byli nastawieni tylko na konsumpcję, dziś ich kluby pewnie tonęłyby w długach, albo jak polskie, ledwo wiązały koniec końcem, a ich kadra walczyłaby z naszą o awans z 5 do 4 ligi europejskiej.
2. Belgowie nie grają o wynik w grupach młodzieżowych. Wyobraźcie sobie, żeby przekonać dziś wszystkich, aby się dostosowali. Oni to zrobili, potrafili współdziałać. A o nas Winston Churchill powiedział, że działamy tylko w stanie wojny, zaś w stanie pokoju jesteśmy beznadziejni.
3. Wszystkie belgijskie drużyny od 12 roku życia stosują to samo ustawienie. Michel Sablon mówi, że 4-3-3 pozwala na najlepszy rozwój cech indywidualnych i produkcję piłkarzy uniwersalnych.
4. Last but not least – Belgowie przede wszystkim postawili na szkolenie trenerów. Chcieli doprowadzić do sytuacji, by w ciągu dziesięciu lat, każda grupa młodzieżowa w kraju była prowadzona przez wyszkolonego według nowych zasad trenera i to im się udało.

Owszem brzmi to bardzo prosto, być może nawet banalnie. Ale właśnie dokładnie o to chodzi, by pokazać, że na sam początek nie trzeba wielkich pieniędzy. Na początek wystarczy pomysł, unifikacja i współdziałanie wszystkich tych, którzy w naszej rzeczywistości najchętniej skakaliby sobie do gardeł.

Czy potrafimy przekonać kluby (nie mówię o Legii, Lechu, czy Zagłębiu Lubin, które są takimi zwiastunami być może lepszych czasów w polskim futbolu – wszystkie chcą i starają się postawić na szkolenie) , żeby zamiast płacić 20-50 tysięcy miesięcznie przeciętnemu piłkarzowi, zainwestowano w grupy młodzieżowe, w dodatkowych trenerów do zajęć indywidualnych?
W Belgii do tego doprowadziły władze federacji.
U nas prędzej czy później będzie to konieczne, przecież nie tylko Belgowie wprowadzali swoje rewolucje. Robiło i robi to wiele federacji, każda na swój sposób. Choćby Szwajcarzy, którzy doczekali się doskonałego pokolenia, teraz za szkolenie biorą się Anglicy, zaraz dołączą kolejni. Kto nie załapie się na ten pociąg, choćby w ostatniej chwili, nie ma szansy zdążyć również na przesiadkę.
Marek Wawrzynowski

 

 

Obcy pośród swoich

Kochają go na całym świecie, ale w Argentynie mają do niego mnóstwo pretensji. Mówią, że nie czuje koszulki Albicelestes, że nie jest gotów do poświęceń za nią. Ktoś napisał że koszulka po Maradonie zawsze była ciężka, ale tym razem ważyć będzie 10 ton.

Argentyna od 1986 roku ogarnięta jest obsesją znalezienia pomazańca bożego – nowego Diego Maradony. Kandydatury były poważne – jak chociażby Juana Romana Riquelme czy Pablo Aimara – nieco mniej poważne – jak Andresa D’Alessandro czy Marcelo Gallardo – a także całkowicie abstrakcyjne, gdy następcą Maradony okrzyczano Alejandro Sabellę – tego samego, który dziś tuż przed północą naszego czasu, w szatni na Maracanie będzie jeszcze motywował reprezentację Argentyny. O desperackich, momentami nieco groteskowych, poszukiwaniach syna bożego pisał w naszej „Kopalni – sztuce futbolu” Maciej Słomiński.

Gdy w końcu Argentyna doczekała się jednak człowieka, który następcą Maradony niewątpliwie jest, a być może nawet oryginał przewyższa geniuszem, po raz kolejny okazało się, jak wiele prawdy jest w tym, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Dla Argentyńczyków bowiem Leo Messi jest zbyt mało argentyński. Za mało w nim pasji, za mało oddania barwom. Jeśli Messi nie poprowadzi Albiceslestes do mistrzostwa świata, to skończy jak Pele, który wszędzie na świecie znany jest jako „Król Futbolu”, ale w Brazylii jest tylko numerem dwa – po Garrinchy.

To Mane był uosobieniem Brazylii. Urodził się w slumsach i nigdy z nich nie wyszedł. To on się związał z wielką gwiazdą samby – drugiej obok futbolu największej pasji Brazylijczyków – Elzą Soares. To jego styl oparty na ciągłych dryblingach, był najbardziej brazylijski. Wreszcie to on umarł w nędzy, zapomniany, wycieńczony alkoholem i dziś swojej legendy – jak Pele właśnie – nie rozmienia.

Messi w wieku 13 lat wyjechał z ojczyzny i trafił do Barcelony. To kataloński klub zainwestował w jego terapię hormonalną, to w mieście Gaudiego dojrzał i się wychował. W kapitalnym reportażu Jeffa Himmelmana, dziennikarza „New York Timesa”, możemy zobaczyć jak wiele pretensji mają do Messiego rodacy, a tym samym zrozumieć chociaż trochę, jak wielki ciężar dźwiga na swych barkach piłkarz Barcelony. Himmelman pisze, że jedyne, co ratuje Messiego przed otwartą wręcz wrogością, to argentyński akcent (słynne szeleszczące „dż”, zamiast miękkiego „j”), którego na szczęście przez tyle lat w Hiszpanii nie stracił.

Punktem odniesienia oczywiście jest Maradona. Człowiek kochający życie ponad wszystko. Dla którego równie ważne jak gole i dryblingi były kolejne nocne eskapady, a określenie „skandalista” pasowało do niego tak samo jak „geniusz”. Gdy przechodził do Napoli, pieniądze na ten transfer wyłożyła mafia. Strzelał kapitalne gole, by później strzelać do dziennikarzy z wiatrówki. Maradona zawsze chciał być w centrum uwagi i nie pozwolił nigdy, by rodacy o nim zapomnieli. Jego poglądy polityczne znają wszyscy – wystarczy rzut oka na tatuaż przedstawiający portret Che Guevary. Tymczasem Messi dla Argentyńczyków nie różni się niczym od innych europejskich gwiazd, które znają tylko z reklam i billboardów. Argentyńczycy go nie znają od tej intymnej, prywatnej strony. Prawdopodobnie ma to wiele wspólnego z tym, że być może najwybitniejszy piłkarz wszech czasów jest po prostu nieciekawą osobowością. Zlatan Ibrahimović powiedział kiedyś, że Messi w wolnym czasie prawdopodobnie ogląda obraz nadawany z kamery przemysłowej.

A Argentyna to w końcu kraj pasji i tanga, kraj – miłości do futbolu, kraj derbów między Boca a River. To dlatego w Buenos popularniejszy będzie Carlos Tevez z olbrzymią szramą na szyi – ślad po dzieciństwie w tamtejszych dzielnicach biedoty – który odmawia wyjścia na boisko, gdyż tak mu się coś przywidziało, niż czasem przypominający wręcz automat Messi.

Chyba że wykona zadanie powierzone mu przez lud – poprowadzi reprezentację do mistrzostwa świata, do tytułu zdobytego na terenie największego rywala – Brazylii.  Zagra w końcu turniej, w którym zaliczy równie absurdalnie-kosmiczne statystyki jak w Barcelonie. Wtedy Messi będzie mógł spokojnie wrócić do oglądania obrazu z kamery przemysłowej. Gdy ludzie go pokochają, sami dorobią legendę. Gdzieś tam zaczyna ona już zresztą kiełkować –w Argentynie wszyscy powtarzają sobie półszeptem, że nieco gorszy (pierwszy od dawna nie „kosmiczny”) sezon w Barcelonie, to dlatego, że Messi się oszczędzał na mistrzostwa.